ciao di campiglio

W rolach głównych… Na początek moja osobista gwiazda wyjazdu, czarny koń z włoskim temperamentem. Mam zaszczyt przedstawić punciaka 1.2 litra w benzynie, który bezproblemowo pokonał dystans ponad 2500 km z czego 1/3 bez hamulców. Człowiekowi całe życie przelatywało przed oczami w ułamkach sekund. Zwłaszcza podczas manewrów wyprzedzania, które można było przeprowadzać tylko z górki. Dobry przykład auta z duszą. Przeżył gradobicie gdzieś na ziemiach zachodnich a potem trafił w ręce Bartka. Nie da się przejść obojętnie obok auta po tak subtelnym a za razem wyrafinowanym liftingu. Zresztą, co ja tu będę … jedno zdjęcie tysiąc słów:

Bartek Bartka, dobywające się już od początku wyprawy krzyki i błagania hamulców o wymianę, nie wzruszały. Twierdził uparcie, że ma tak od ostatniej wymiany i nic się nie działo.

Niedźwiedź Niedźwiedź ma jedną cechę charakterystyczną, potrafi spać na zawołanie. Po wielu nieudanych próbach ucięcia sobie chociaż krótkiej drzemki na trasie, widok śpiącego na tylnej kanapie Niedźwiedzia przyprawiał mnie o mdłości. To ja już wolę redbule, fajki, atmosferę przygody i stopniowego narastania napięcia niż ten jego pierdolony regenerujący sen.

Narty.  W pierwszej wersji miał być Tyrol ale jak Niedźwiedziowi sprawy organizacyjne zaczęły wymykać się spod kontroli zacząłem szukać rozwiązań alternatywnych, nie było opcji odwołania nart. Za bardzo się napaliłem. W sumie bez większego zastanawiania wybraliśmy słoneczną Italię.  Jak się nam wtedy wydawało, towarzystwa naszych nigdy za wiele więc dołączyliśmy do ekipy Misti www.misti.com.pl Na miejscu okazało się, że polako na stokach to tak z grubsza 90% wszystkiego co się rusza. Jak komuś taka przytłaczająca większość rodaków na wakacjach za granicą nie przeszkadza to nic tylko do Madonny w końcówce marca. Mi nie przeszkadzało. Z tego co pisali na forum w zeszłym roku było to samo.

Misti Po dotarciu na miejsce, szybkim ogarnięciu bagaży i walce o najwygodniejsze łóżko przyszedł czas na poznanie reszty ekipy z którą mieliśmy przyjemność szusować po stokach. Łącznie stawiło nas się 26 osób.

Madonna di Campiglio Statystycznie ośrodek oferuje około 55 km tras narciarskich, jeśli doliczyć do tego znajdujące się w dolinie inne ośrodki jak np. Pinzolo, Folgaride, Marilleve, oraz lodowiec Tonale dostajemy ponad 200 km tras.

Wyciągi i stoki

  • Passo Groste

Tych zjazdów długo nie zapomnę18 / 20 Wybrałem się tam pewnego pięknego poranka, niewielu śmiałków przede mną zaznaczyło swoją obecność na śniegu. Pięknie wyratrakowany, w promieniach  słońca, długi, szeroki, szybki zjazd .  Niestety tylko przez jakieś 2 godziny jest wypas, potem a) temperatura go trochę  niszczyła b) zbiera się tam za dużo ludzi a jazda gęsiego i potem czekanie w kolejce na gondolkę się nie sprawdza. Najlepiej brać je z samego rana.

Tutaj po raz pierwszy w totalnej mgle poleciałem ładnych parę metrów poza tor i przez chwilę zdawało mi się, że widzę światełko w tunelu. Chyba tylko kask uratował mi zdrowie. To było pierwszego dnia po tym jak stwierdziłem, że w grupie jeździ się fajnie ale brakuje wolności, swobody wyboru i przede wszystkim własnego tępa zjazdów. Zacząłem śmigać w pojedynkę. Błąd podczas tego upadku polegał na braku elementarnej wiedzy. Nie miałem pojęcia o tym, że pomiędzy kolorowymi słupkami NIE jeździ się slalomem, one po prostu wyznaczają granicę trasy.  We mgle taka niewiedza mogła zakończyć się bardzo boleśnie.

19 / 17Nudna i długa. Dobra jak ktoś lubi sobie poćwiczyć zjazdy na jednej nodze albo szlifować inne techniki. Jak dla mnie za dużo machania kijkami na prostych.  Trasa ma też plusy, można nią zjechać do krzeseł (3/4), które dowiozą na górę Spinale

Jeszcze kilka widoków z tej części:

  • Spinale

27ka. Na wieczór, po pierwszym dniu jazdy w głowie było już tylko jedno. Z rana atak na czerwoną. Wcześniej narty na nogach miałem tylko w R z e c z c e Byłem tam dwa razy, pierwszym razem próbowałem zjeżdżać pługiem. Za drugim dowiedziałem się, że na tym sztuka narciarstwa się nie kończy. Wjazd na Spinale, najpierw niebieską 30tka na przypomnienie sobie tych wszystkich kocich ruchów i jak już poczuję magię nart, od razu na 27ke. Plan był prosty. Na krechę, prawy hals …. potem lewy i tak na zmianę. Na miejscu okazało się jednak, że to nie musi być takie proste.  Dobrze skręcony i dobrze spalony wiśniowo-jabłkowy podkreślił powagę sytuacji. Sprawił, że adrenalina zaczęła pompować w żyłach szybciej… Nic już nie było w stanie mnie powstrzymać. Wiadomego pochodzenia wiara w swoje nabyte pierwszego dnia umiejętności sprawiły, że instynkt samozachowawczy nie miał prawa pokrzyżować mi planów. Zdecydowane wyłożenie się na językach, pełne zaufanie do wiązań, nart i całej tej w sumie prostej konstrukcji….. Boże! lecę na krechę! Punkt Pierwszy Planu został zrealizowany.

Czas na punkt drugi … Hamuj, kurwa hamuj!Na nic zdało się lokalizowanie ręcznego. Zarzuć biodrem, wykonaj ten pieprzony skręt bo zginiesz! Skręt wykonałem natychmiast po tym jak minął paraliż. To był przełomowy moment w całym wyjeździe. Pierwszy zjazdbez upadku, chyba tylko dlatego, że z początku poczułem do tej trasy respekt. Drugie podejście wykonałem natychmiast po pierwszym.  Kuj żelazo myślę sobie, tym razem rozochocona bezwypadkowym pierwszym zjazdem wiara w to, że może być już tylko lepiej,  po raz drugi na tym wyjeździe mogła mnie złamać. Dosłownie i w przenośni… Drugi zjazd to nieskończona liczba konkretnych gleb i drobnych upadków. Bogu dzięki, że nie musiałem szukać powypinanych nart w pobliskich lasach. Podsumowując, apetyt na niebieskie zjazdy po 27’ce zmalał drastycznie.

  • Pradalgo


1 – bardzo konkretny jak na niebieski szlak zjazd, momentami pod czerwony podpadał 2 – jeden z lepszych zjazdów [ten sobie wybrałem na drugi czerwony po zdobyciu dwudziestki siódemki] 7 – podobnie jak jedynka, długi i ciekawy zjazd. Mniej więcej w połowie można odbić na czerwoną 8 i 9. Obie oka. Na zdjęciu poniżej start z 7ki i późniejszy rozjazd na płaską 10 (dużo machania kijkami)

Na deser zostawiłem sobie czarną 6, na ten zjazd czaiłem się od momentu jak zobaczyłem go w pełnej krasie z wyciągu (gondokla nr 16). Całą środę mnie kusił… To co mi się spodobało, że był dosyć szeroki i praktycznie nie uczęszczany. Miałem plan robić go w czwartek po powrocie z lodowca ale wróciliśmy zmarnowani ciężką pogodą więc ostatnia szansa w piątek. W piątek straszna lipa z pogodą,  mgła plus miks śniegu z deszczem. Szóstka przede mną. Nie spodziewałem się, że na sam koniec obleci mnie strach. Obleciał… i to konkretny.   Po szybkiej analizie tego czy nie żałuję swojego życia  odważyłem się zrobić pierwszy krok…  (kocham góry za to, że czasami zmuszają do chwili refleksji) Pierwszy dzwon i 15 minut podchodzenia po nartę, która leżała może gdzieś dwa metry wyżej.  Za stromo na takie numery. Ciężko tam było ustać w miejscu a co dopiero podchodzić, w dodatku przez tą mgłę nie miałem pewności, że zaraz ktoś mi nie wskoczy na prędkości w plecy. Za pierwszym zjazdem to była droga krzyżowa w czystej formie, kompletnie bez żadnej treści. Walka o przetrwanie. Moja samowolka na stokach musiała wyglądać groteskowo.  Dopiero wykład Roberta na temat prawidłowej postawy, sposobu eleganckiego trzymania kijków oraz stokowej mody, rzucił pewne światło na moje braki i błędy w sztuce. Kijki mi tylko przeszkadzały, pozbyć się ich nie za bardzo mogłem bo przydawały się przy wyciągach.  Postawa ciała też pewnie pozostawiała wiele do życzenia, tyle że co z tego jak czułem, że balans miałem zajebisty. Halsowałem od lewej do prawej aż miło, do tego dało się zjeżdżać szybko.  Był jeszcze lodowiec TONALE(godzina drogi z MdC) warunki pogodowe trafiliśmy słabe, mgła, deszcz ze śniegiem i groch z kapustą.


Tonale

Gondolka nr 94, zawiozła nas na Ghiacciaio Presena, stamtąd orczykiem na samą górę. Zjazd czerwoną zrobił na mnie niesamowite wrażenie za sprawą niezabezpieczonych urwisk na trasie. Wyobraźnia wtedy działa sprawnie jak nigdy. Jeden mały błąd o który nie było mi trudno i lecimy, w sumie nie wiadomo gdzie bo widoczność kończyła się bliżej niż dalej. Kiepski śnieg + słabe warunki = lipa.  Niedosyt po lodowcu pozostał. To w zasadzie tyle, jedyne czego  nie mogę sobie odżałować to,  że nie dane mi było wziąć udział w konkursie Salsy i że nie zjechałem z Predalgo do Marillevy. Zamiast atakować 6 i 7kę można zjechać 15ką i stamtąd wyciągami na De la Pessa.  Zjazd nr 20 wygląda oka, do tego czerwone 11 i 23 Nie wiem czy standardem jest zamykanie wyciągów już od 16tej, o 17tej nie działa praktycznie żaden wyciąg a wizja zasuwania z buta albo czekania na skibusy, które ignorują bezczelnie rozkłady jazdy to średnia przyjemność. Brak choćby jednego oświetlonego stoku to kolejny minus. Chętnie urządziłbym sobie bonusowy szusblus po zmroku.

Nawet nie wiem kiedy zleciało te 7 dni, sił i chęci starczyłoby na jeszcze raz tyle.  Jak na pierwszą “narciarską” wyprawę – rewelacja. Trzeba taki wyjazd powtórzyć, najlepiej t u t a j

/a

Artykuł czytany 668 razy.

z tej samej kategorii:

Leave a Reply

Your email address will not be published.